W związku z ostatnimi doniesieniami odnośnie przywrócenia przymusowego poboru rezerwistów oraz nakierowania go na specjalistów z mojej branży chciałbym napisać, co myślę na ten temat. Czuję w kościach, że pobór będzie mnie dotyczył i sprawa, chociażby z tego powodu, nie jest mi obojętna. Własną „służbę” w wojsku uważam z powodów zdrowotnych oraz psychicznych za niebezpieczną dla wojska oraz mnie samego. Jestem też stanowczo przeciwny obowiązkowej służbie wojskowej, chociażby z powodów czysto światopoglądowych i chciałbym przedstawić krótką argumentację takiej postawy.
Na początku zdefiniujmy podstawową rolę wojska. Przestańmy powtarzać, że wojsko pomaga ludziom w czasach pokoju, robi z dzieci mężczyzn i inne tego rodzaju bzdety. Wojsko istnieje po to, żeby skutecznie zabijać wrogów w celu wymuszenia satysfakcjonującego kompromisu politycznego. Czasem chodzi o to, żeby się bronić, czasem żeby napadać i rabować, zależy to tylko od polityki danego kraju lub organizacji (są również wojska prywatne, najemnicze). Wojsko ma z człowieka zrobić skutecznego zabójcę, bezwzględnie wykonującego wydany przez zwierzchnika rozkaz. Żeby było to łatwiejsze psychicznie, stosuje nawet specjalny, dehumanizujący przeciwnika język.
Wojsko jest potrzebne, a wręcz konieczne, bo jako gatunek, jesteśmy agresywnymi małpami, które uwielbiają się mordować. Bez wojska słabi fizycznie lub psychicznie zginą, zabici lub zniewoleni przez zorganizowaną grupę psychopatów o innych poglądach etycznych czy religijnych. A człowiek nie jest tylko częścią natury i darwinizm w takim wydaniu powodować będzie nieodwracalne straty w dziedzinach nauki, kultury i sztuki. Tak się bowiem składa, że ludzie wysoce uzdolnieni i inteligentni są też zazwyczaj pacyfistycznie nastawieni. Jeśli zależy nam na osiągnieciach cywilizacyjnych, musimy więc wojsko utrzymywać. Wojsko może mieć pozytywną rolę, jaką jest obrona i utrzymanie wzrostu całości organizacji społecznej, której jest częścią. Sam nie jestem pacyfistą, jestem realistą – gdy ktoś Cię napada, niech ginie, najlepiej w jak najstraszniejszy sposób, aby odstraszyć nowych agresorów. Wysyłanie zdjęć rozczłonkowanych zwłok agresorów ich rodzinom uważam za jak najbardziej wskazane, mimo że większość ludzi to oburza.
Skoro zdefiniowaliśmy podstawową rolę wojska obronnego (bo tylko takie uważam za etycznie uzasadnione), jaką jest obrona osiągnięć cywilizacyjnych, czas przejść do dalszych kwestii. Nie podlega moim wątpliwościom, że każdy członek społeczności, z którą się identyfikuje i z przynależności do której czerpie korzyści powinien na utrzymanie wojska płacić podatki. Ale podatki nie zapewnią ludzi, którzy w wojsku muszą służyć. Sprzęt trzeba obsługiwać i usprawniać, trzeba być cały czas zorganizowanym i przygotowanym na zewnętrzną agresję. Kto więc powinien służyć w wojsku? Jak mogę być za istnieniem wojska i przeciwko poborowi do wojska?
Sprawa jest, wbrew pozorom, prosta – służyć w wojsku powinien ten, komu na obronie danej społeczności zależy i kto się fizycznie i psychicznie do takiej służby nadaje. Ze służbą w wojsku wiązać się też powinny odpowiednie benefity od społeczności. Obowiązkowy pobór do wojska jest natomiast formą niewolnictwa, był nią zawsze i czas z tym skończyć. Odrzucenie niewolnictwa w każdej formie jest potrzebą cywilizacyjną. Nie będzie skutecznego wojownika z kogoś, kto nie czuje związku z bronioną społecznością albo jest do jej obrony przymuszany i maltretowany. Można w ten sposób wykreować tylko przestraszone zwierzę, które ucieknie przy pierwszej sensownej okazji lub skieruje broń przeciwko swoim opresorom. Jaki sens ma takie wojsko? Jaki sens ma „kręcenie wora”, „szafa grająca”, czołganie w błocie i kopanie rowów stąd aż do wieczora? Która z tych rzeczy pomaga skuteczniej zabijać wrogów?
A co jeśli, tak jak obecnie, mamy w wojsku za mało ludzi, szczególnie w konkretnych specjalizacjach. Oznacza to, moi drodzy, że albo nie wiążą się z tym odpowiednie benefity (zarobki, status społeczny) albo państwo, którego wojsko broni, nie jest atrakcyjną organizacją do obrony. Nie warto go bronić, bo nie spełnia oczekiwań obywateli, bo zostawia ich na lodzie w trudnych sytuacjach. Ale maksymalnie odpustowo patriotycznie nastawionej władzy nie przejdzie przez usta, że państwo nie wypełnia swojej umowy z obywatelami i dlatego umowa z nim przestaje być dla nich ważna. Zapisane w konstytucji słowa obowiązują, jeśli szanujemy je wszyscy. Jeśli władza ma tylko prawa, a obywatel tylko obowiązki, to taką umowę uważam za nieważną, z wszelkimi tego konsekwencjami.
Podsumowując – wojsko ma być skuteczne, a o tym decyduje sprzęt, wyszkolenie i morale. Obowiązkowa służba wojskowa nie spełnia kryteriów skuteczności wojska, nie wiąże się z wysokim statusem wojska w społeczeństwie oraz jego profesjonalizmem. Wojsko musi też bronić obywateli, a nie władzy. Obrona władzy przez wojsko to szkodliwy społecznie anachronizm.
Osobiście, mam 47 lat i czuję się już nadspodziewanie zmęczony. Co takiego zrobiło dla mnie państwo, abym czuł się też zobowiązany je bronić?
Najpierw żyłem w szarej komunistycznej dziurze, którą rozświetlały tylko uśmiechy babć i lampki na choinkach. Bawiliśmy się w porzuconych betonowych kręgach, kradliśmy jabłka z sadu i kąpaliśmy się w jeziorze, to była nasza jedyna rozrywka jako dzieci. Rodzice pracowali, wykonując kolejne rozporządzenia rządu. Wszechobecne, połamane płoty i bramy oraz zniszczone fasady domów świadczyły o biedzie i beznadziei. Ruska brutalność oraz negatywna selekcja władz przenosiła się na każdy aspekt życia społecznego. Zachowania kryminalne, prymitywizm, dehumanizacja i sadyzm występowały w wojsku, milicji, zakładach pracy, szkołach, po prostu wszędzie. Zostały z nami, w pewnej formie, do dzisiaj.
Po wielu staraniach zachodu, upadł Związek Radziecki. Ludzie byli w szoku – pytali co teraz będzie? No jak to co – będziecie wolni, powtarzała kłamstwo kolaboracyjna władza. Po cichu montowano okrągły spadochron dla komuny. Koszty jego uszycia przerzucono na społeczeństwo. Inflacja prawie 700% zabiła nowo powstające firmy, w które ludzie wkładali resztki swojego lichego majątku. Zabiła też duże polskie przedsiębiorstwa – te które miały zostać przejęte przez komunistów i cwaniaków „za grosz” lub miały zniknąć, bo stanowiły konkurencję dla nadchodzącego zachodniego ładu. Ludzie walczący o przetrwanie zapomnieli o „Solidarności” i walce o wspólne ideały. Za oszczędności całego życia na książeczce mieszkaniowej mama kupiła telewizor w Pewexie. Nauczono społeczeństwo, że nie warto oszczędzać. Po co oszczędzać – i tak państwo Cię okradnie!
Okradzionych ludzi wystawiono na żer darwinistycznego, libertariańskiego kapitalizmu i jego apologetów. Zewsząd pojawiały się, coraz to nowe, autorytety, gadające głowy, które powtarzały, że jesteś biedny, bo jesteś głupi i leniwy. Nikt nie mówił o warunkach brzegowych, o braku równych szans na tak wykreowanym rynku. Reformy Balcerowicza zniszczyły PGR-y, dobiły popiwkiem ledwie zipiące firmy państwowe oraz zamroziły rynek. Polska potwornie biedniała, ludzie krzyczeli „komuno wróć”, nastąpiła fala samobójstw. W tym samym czasie powstawały ogromne, tajemnicze fortuny. Rozwarstwienie społeczne i bezrobocie rosło lawinowo. Rosła również przestępczość, strach było wieczorem chodzić po ulicach. Pierwszy raz doczekaliśmy się w Polsce mafii, czyli biznesowych związków władzy z przestępczością.
Dużo się wtedy uczyłem, ale samodzielnie, szkoła dawała mi wiedzę mało przystającą do potrzeb rynku. Musiałem zdobywać wiedzę dodatkową prywatnie. Piszę o tym, bo spotykam się z argumentem, że państwo dało mi edukację. Tak dało, ogólną i mało przydatną (z drobnymi wyjątkami). Od drugiego roku studiów musiałem pracować, bo nie stać było mnie na utrzymanie się w dużym mieście. System przyznawania akademików był tak głupi, że podjeżdżali tam studenci własnymi samochodami, a naprawdę potrzebujący tułali się po stancjach. Stancji było mało i były siedliskiem różnych patologii. Przykładowo, jeden mój kolega nie miał na stancji ubikacji, przyjeżdżał się załatwiać do akademika. Sam miałem okazję mieszkać w zimnej piwnicy na zadupiu, być wyrzuconym ze stancji w trakcie sesji (wnuczek wrócił z wczasów w zakładzie penitencjarnym) oraz dzielić mieszkanie z pijakiem (który bywał też miły, tylko nie szło nikogo zaprosić). Lokalna gangsterka ściągała ze mnie haracz za pobyt, policja miała wszystko w dupie, poskarżyć się mogłeś mamie. Gdzie było państwo?
Gdy po studiach wróciłem do domu, nie miałem wiele oprócz gnijącego budynku, którego połowę otrzymałem od babci w spadku. Na moje ruchomości składały się rzeczy osobiste, materac, komputer i radiomagnetofon. Dostałem też ławę od cioci, używam tej ławy do dzisiaj, bo mam sentyment do rzeczy podarowanych mi w dobrej wierze. Ze względu na dobre wykształcenie i pracowitość, wiele lat nie miałem problemów finansowych. Nigdy nie byłem bezrobotny, chyba że tego chciałem. Nie zawdzięczam tego państwu, tylko własnej pracy i pomocy kilku przyjaznych osób. Z trudem wyremontowałem częściowo dom i mieszkanie tak, aby moje dzieci nigdy nie widziały warunków, w których żyć musiała moja babcia. Aby nie były obciążone biedą. Może to błąd, nie wiem czy to docenią, ale nie chciałem dla nich startu w szambie. Nowym rodzinom w tym czasie państwo nie pomagało nic.
Rodzinne szczęście nie trwało długo. 20 marca 2008 roku hurtownia żony uległa spaleniu. Akcja gaśnicza państwowej straży pożarnej wyglądała tak, ze przyjechała bez wody, stwierdziła że hydrant nie działa i odganiała ludzi od pożaru. Do posterunku było może 500m, ale po co jechać po wodę, szkoda zachodu. W sprawozdaniu wpisano, że „spalił się dach”, co spowodowało wieloletnie problemy z urzędem skarbowym, który żądał aktualnej dokumentacji podatkowej. W rzeczywistości budynek spalił się do gruntu, wraz z dokumentacją i całym prawie towarem. Za wzorową akcję gaśniczą odebrano nagrody. Długi i patologie gospodarcze rozpoczęte tym zdarzeniem prześladują moją rodzinę do dzisiaj. Każdy grosz trzeba zanieść państwu w zębach, nic nie zostało umorzone. Rozdzielność majątkowa częściowo uratowała mnie przed kompletną katastrofą, ale szanse na normalne, spokojne życie, przekreślone zostały na zawsze.
Od ponad 16 lat prowadzę małą działalność gospodarczą. Nie jestem zamożny, zarabiam trochę ponadprzeciętnie i utrzymuję z tych zarobków 4 osoby. Wysłuchuję w mediach, jak niezasłużenie dobrze mi się żyje. Jakim leniem i hedonistą jest przedsiębiorca i do tego jeszcze informatyk, oni są przecież najbardziej rozpuszczeni i roszczeniowi. W ciszy płacę coraz wyższe podatki, odbierając w zamian jałmużnę 500+, bez której po ostatnich podwyżkach podatków, faktycznie trudno już byłoby mi związać koniec z końcem. Coraz mniej remontuję stary dom, koszty jego utrzymania rosną. Jeżdżę 20-letnim, rdzewiejącym samochodem, zapewne lubię zabytkowe auta. Na wakacje prawie nim nie jeżdżę, na zagranicznych nie byłem nigdy. Czekam, aż neosanacja zlikwiduje wreszcie tą zgniłą przedsiębiorczość i zapanuje wymarzony, sprawiedliwy ustrój.
Jestem też, niestety, coraz bardziej chory. O obowiązkach ze strony służby zdrowia i ich niedopełnianiu wobec mnie mógłbym napisać osobny felieton. Powiem tyle, że w Polsce trzeba mieć niezłe zdrowie, żeby chorować. Próbowałem leczyć się prywatnie, ale nie mam już na to pieniędzy i czasu. Teraz leczę tylko dzieci, mają więcej życiowych szans przed sobą, niech mają siłę dokonywać własnych wyborów.
Nie będę bronił Polski, nawet za cenę uwięzienia, poniżenia i tortur. Nie będę bronił Polski, ponieważ mnie zawiodła, ponieważ nie czuję żebym był jej cokolwiek winien. Nie namawiam Was przy tym do odmowy służby wojskowej, to powinna być Wasza sprawa osobista. Prosiłbym tylko o niewrzucanie mnie do worka z tchórzami i „ruskimi trollami”. Umierałem już kilka razy, śmierci się nie boję, bo wiem jak to jest być blisko zgonu. Rosję natomiast uważam za siłę niszczącą cywilizacyjnie, państwo sadystyczne i niewolnicze, które powinno się rozpaść. Ale nie jestem przekonany, czy Polska również zasługuje na przetrwanie…
