Odczekałem kilka dni ze skomentowaniem mojego tegorocznego „urlopu”, aby zeszła ze mnie para. W innym wypadku stek bluzgów, który wylałbym na wirtualny papier spowodowałby, że nie dałoby się normalnie czytać felietonu. Minimalnie poprawny poziom wypowiedzi chciałbym zachować. Nie jest moim celem epatowanie wulgarnością.
Chciałbym zacząć od faktu, że prawdopodobnie jestem idiotą. Bo tylko idiota udaje się na jedyne kilka dni wypoczynku w roku w miejsce, które przypomina mu przedsionek piekła. Jeśli wcześniej już tak sądziliście i nabraliście teraz tylko pewności, dalsze czytanie moich wypocin nie ma pewnie sensu, chyba że w formie przerywnika rozrywkowego. Nadal nie mogę w to uwierzyć, ale postanowiłem spędzić swój jedyny co kilka lat, tygodniowy urlop, we Władysławowie. Usłyszałem od żony, że jest tam dużo atrakcji dla dzieci, dojeżdża kolej i uznałem, że jest to dobre miejsce wypadowe na jednodniowe wycieczki w promieniu 40 km. Nie mogę podróżować samochodem na długie trasy ze względu na chorobę lokomocyjną, co eliminuje wiele z możliwości odpoczynku. Nie byłem też nigdy na tej części wybrzeża, chciałem zwiedzić Hel, Jastrzębią Górę i część Gdyni. Tak więc oto świadomie wybrałem miejsce swojej kaźni…
W trakcie podróży nad morze niebo witało nas pomrukami, zapowiadając to, co nas czeka, czyli pogodę, którą oceniam na 5/7 – 5 dni deszczu i wiatru z listopadową temperaturą na 7 dni „wypoczynku” (17 stopni powietrze, 14 morze). W zasadzie już sama pogoda „załatwiła” urlop, ale wiadomo, że pogoda jest dla bogaczy, a dla biedoty są pogody złe – czasem można próbować coś z tym jeszcze zrobić. Niestety we Władysławowie niewiele można zrobić w niepogodę – kumpel opowiadał mi, że ludzie wyjeżdżali wściekli do domu już po 2 dniach pobytu. Bez rozmów z kumplem i dziećmi około szóstego dnia pewnie rzuciłbym się z klifów w Jastrzębiej w stylu „jurjusz” (Skok na główke crazy ARAB jump – YouTube). Nie szło nigdzie dłużej wyjść – wiało i lało co godzinę, spędzaliśmy niezapomniane chwile w wiatach, kolejkach, wejściach do lokali etc.
No dobra, ale powinienem się w takim razie czepiać pogody i własnego pecha, a nie miejscowości. No nie do końca. Po pierwsze, niewiele z tego, co czytałem o Władysławowie, odpowiada rzeczywistości. Oceny Google, które sprawdzały mi się w KAŻDYM innym miejscu, tu wystawiane są po prostu „z czapy”, mają się nijak do rzeczywistości. Dobrze ocenione restauracje/bary były drogie, a jedzenie w nich było co najwyżej przeciętne. Część z tych „lokali” miała poważny problem z higieną. Przykładowo, podawanie jedzenia brudną łapą bezpośrednio na blat, na którym przed chwilą opierał się podpity dres, grzebiący w wolnych chwilach w dupie, nie zasługuje jednak chyba na ocenę 4.9. Sanepid powinien wystrzelić 20% lokali we Władysławowie w przestrzeń międzyplanetarną razem z ich właścicielami, ale z tajemniczych powodów tak nigdy się nie stanie. Należy jednak oddać, że w przeciwieństwie do Międzyzdrojów, drugiego nadmuchanego bałtyckiego „kurortu”, we Władysławowie jest co jeść. W Międzyzdrojach, podczas najgorszego urlopu w życiu, gdzie córka rozchorowała się i trafiła do szpitala na operację wyrostka, nie dało się znaleźć żadnego normalnego posiłku oprócz ryby w wędzarni w porcie (nota bene najlepszej w życiu). Do wyboru był tylko kebab, pizza, hotdog i zupa rybna lub gulaszowa, czyli z resztek z dnia poprzedniego. Po zwykłą zupę pomidorową jechać musieliśmy do Świnoujścia. Międzyzdroje to był kulinarny syf dla ludzi ze stalowym żołądkiem. We Władysławowie natomiast wybór jedzenia jest duży. Nie ma co liczyć na wykwintne lokalne potrawy, ale baza gastronomiczna jest całkiem rozbudowana i można znaleźć normalne, smaczne jedzenie. Kilkukrotnie zjadłem pyszną i niedrogą rybę w wędzarni blisko portu, a także najlepszą w życiu zapiekankę w niewielkim lokalu, który otwierał się dopiero wieczorem (higieniczna obsługa, charakterystyczna głośna muzyka trap). Obydwu lokali oczywiście nie ma na mapie Google – we Władysławowie Google jest nieoczywistym wrogiem twoich jelit.
Po drugie, „paragony grozy” z „Władka” to mit. We Władysławowie, w porównaniu np. ze Świnoujściem czy Helem, które ewidentnie ustawione są pod klienta niemieckiego, można naprawdę wyżywić się za normalne pieniądze. Jest drożej niż w domu, ale knajpy i miasto muszą się z czegoś utrzymać, więc nie przesadzajmy. Na 4 osoby, przez 7 dni, wydałem około 5500 PLN. Po odliczeniu 1500 PLN na lokal i około 1000 PLN na wszelkie przejazdy, zostaje 3000 PLN na jedzenie, czyli około 108 PLN na osobę na dzień. Nie gotowaliśmy, śniadania robiliśmy z produktów kupionych w Biedronce, obiad, kolacja i słodycze na mieście. Dla mnie nadal jest to znacznie więcej niż wydaję w domu, ale obiektywnie tak naprawdę jest to niewiele, jeśli chodzi o koszt urlopu i niezagrożoną ubóstwem rodzinę w Polsce stać finansowo na tydzień pobytu w tym miejscu. Myślę, że to, połączone z całkiem niezłą bazą kulinarną i w miarę dobrym dojazdem, stanowi podstawę sukcesu turystycznego Władysławowa. „Paragony grozy” z pewnością dotyczą natomiast Helu – rybę którą we Władysławowie jadłem po 13 PLN/100g na Helu widziałem w cenie 37 PLN/100g. Szczytem cebulactwa na Helu była natomiast toaleta z cennikiem za małą, średnia i dużą kupę (3-5-7 PLN, jak za lody). Byłem tak sparaliżowany, że niestety nie zrobiłem zdjęcia obiektu. A należało podejść i zapytać, jak mierzą i warzą wyceniany produkt. Ogólnie, wydaje mi się, że Hel jest ślicznym miejscem, szczególnie od strony zatoki, ale cenowo trudno dostępnym. Byłem tam jednak tylko kilka godzin, trudno mi Hel ocenić.
Po trzecie, we Władysławowie jest tłoczno, są parawany na plaży, ale nie jest prawdą, że trzeba się przepychać, ciągle czekać w kolejkach, czy też od wczesnego rana szukać miejsca na plaży. I nie mówię tego w odniesieniu do dni niepogodnych – sprawdzałem również w jedyny dzień pogodny oraz na kamerkach internetowych przez następny, również pogodny, tydzień. Oczywiście, jeśli ktoś uprze się, żeby mieć miejsce na plaży 50m od wyjścia, to musi się liczyć z faktem, że zazwyczaj go nie znajdzie. Wystarczy odejść kilkadziesiąt metrów w bok i miejsca jest dosyć. Pijanych, czy inaczej kłopotliwych plażowiczów nie zauważyłem – większość to rodzice z dziećmi, lub wręcz całe, wielopokoleniowe rodziny. Jest natomiast jeden aspekt tłoku we Władysławowie, który absolutnie doprowadza do szału. Miasto zawalone jest ”meleksami” dla leniwych turystów, które wjeżdżają po prostu w tłum wzorem przeniesionym prosto z Indii. Kierowcy tych ustrojstw mają mgliste pojęcie o ruchu drogowym, do którego wprost odwrotna jest tylko ich bezczelność. Dwa razy prawie rozjechano mi dziecko, w tym raz na deptaku i raz na pasach, po wyjechaniu zza samochodu, z brakiem widoczności na przejście. Kierowcy po takich zdarzeniach jeszcze pyskują, ale gdy idziesz obić im mordę, nagle odjeżdżają. Ciekaw jestem, czy w ogóle mają uprawnienia do przewozu osób. Ruch drogowy we Władysławowie generalnie to jakaś potworna porażka – amok „meleksów” uzupełnia brawura nowobogackich szpanerów w BMW i Audi, z każdej strony należy się też spodziewać pierdolnięcia elektryczną hulajnogą lub rowerem. Pasy rowerowe mieszają się z pieszymi, tłok dokłada swoje, nie ma chwili spokoju, oczy musisz mieć dokoła dupy, szczególnie idąc z dziećmi. „Meleksy” widziałem również na Helu, ale tam prowadziły je zupełnie inne osoby, zazwyczaj starsze i spokojniejsze, różnica była diametralna. Jeśli coś zmieniłbym we Władysławowie natychmiast, zdecydowanie wyrzuciłbym „meleksy” z centrum miasta i zmniejszył ilość pozwoleń na nie o połowę. Ewidentnie widać tu nieudolność władz miasta.
W jedyny pogodny dzień wybrałem się na spacer plażą do Jastrzębiej Góry. Miałem wrażenie, ze z każdym krokiem znajduję się coraz bardziej w miejscu, w którym powinienem był odpoczywać. Plaża pod skarpą przed Rozewiem jest śliczna, a sama Jastrzębia Góra ciekawa, o ile tylko odejdziemy od głównej ulicy. Jest tu mnóstwo lasu, ścieżek spacerowych i wystarczająco dużo gastronomii. Żonie i córce niestety niezbyt się podobało i zażądały przedwczesnego powrotu do Władysławowa, co ostatecznie przypieczętowało urlopową tragedię. Do Jastrzębiej Góry jest około 8km drogi plażą – dla mojej rodziny było to pewnie za daleko – zmęczyli się i mieli dość. Ja nie potrafię niestety chodzić w ich normalnym tempie, czyli „tiptopkami”, bo kołyszę się wtedy jak kaczka i bolą mnie plecy. Na wyczerpujące spacery muszę więc w przyszłości chodzić sam.
Podsumowując. We Władysławowie jest tylko jedna w miarę ciekawa sezonowa atrakcja – motylarnia. Zbyt to jednak mało, żeby zrównoważyć niedogodności związane z pobytem w tym miejscu. Najładniejszym wizualnie miejscem jest natomiast ukwiecona, parkowa droga z kościoła na cmentarz, co właściwie doskonale podsumowuje pobyt w „polskim Saint-Tropez”. Po 5 dniach męczarni pragnąłem, aby anielski orszak poniósł mnie nią do lepszego świata. Niestety nie ma tak dobrze – okazało się że z „Władka” nie tak łatwo wrócić. Po sprawdzeniu, kilka dni do przodu, nie było żadnego wolnego miejsca w pociągach dalekobieżnych. Po dwóch dniach klikania w telefon o różnych porach, cudem udało mi się kupić ostatnie bilety na pociąg jadący okrężną drogą przez Warszawę (ktoś zrezygnował). W powietrzu wisiało już ściąganie kumpla z samochodem do Gdyni z Koła, aby nas uratował. Musiałem wyjechać dzień wcześniej, z czego w gruncie rzeczy byłem zadowolony. Moją wieloletnią przygodę z polskim morzem uważam za zakończoną. Jeśli kiedykolwiek jeszcze się nad nim zjawię, to może na prośbę wnuków (o ile będę ich miał i będę jeszcze żył). Na długi czas wyczerpała się formuła, w której byłem w stanie poświęcać się dla rodziny i znosić piekło wypraw nad Bałtyk – on mnie po prostu nie lubi.
