Ciągła polemika na powyższy temat i własne doświadczenia zmuszają do refleksji. Problemem jest też fakt, że w chociaż częściowo obiektywnych rozmyślaniach o gromadzeniu majątku trzeba też podpierać się doświadczeniami innych ludzi. Wydaje mi się jednak generalnie, że samo pytanie jest również niepoprawnie sformułowane. Tak naprawdę powinno brzmieć: „Ile czasu jesteś w stanie kupić?” To czas jest zasobem, którego w żadnym sposób nie możemy odzyskać – tyle czasu ile możemy kupić dla siebie, tyle możemy poświęcić na budowanie własnego szczęścia. Niestety człowiek, który nie ma planu na szczęście, nie będzie też w stanie kupionego czasu dobrze spożytkować. Dla jednego więc pieniądze mogą być lewarem do szczęścia, a inny będzie, mimo ich posiadania, człowiekiem wiecznie nieszczęśliwym, gdyż nie ma pojęcia jak zgromadzony majątek efektywnie wykorzystać (tzw. bieda umysłowa). Pieniądze powinny być więc środkiem w osiągnięciu celu, a nie celem samym w sobie.
Dużo łatwiejsza jest odpowiedź na pytanie o stan odwrotny do dobrobytu: „Czy można być szczęśliwym bez pieniędzy?”. W społeczeństwie prymitywnym, gdzie o przeżyciu decydowały własne zdolności i inteligencja, odpowiedź twierdząca byłaby możliwa. W społeczeństwie technologicznie cywilizowanym, gdzie dobra wytwarza się grupowo i masowo oraz przymuszeni jesteśmy od opłat za dostępność tychże dóbr, szczęście bez zgromadzenia majątku jest niemożliwe do osiągnięcia i jestem co do tego dogłębnie przekonany. W nowoczesnym społeczeństwie żadne szczytne ideały, żadna miłość i przyjaźń nie przetrwają wieloletniego niedostatku. Mogą wyspowo przetrwać tylko tam, gdzie zwracamy się ku prymitywizmowi. Czyli szczęście bez pieniędzy kosztem alienacji, znacznego obniżenia poziomu życia i pełnej tego akceptacji. Człowiek bezdomny, paradoksalnie, może być bardziej szczęśliwy niż człowiek przygnieciony kredytami – nie obchodzi go polityka, ceny i podatki. Bezdomny jest szczęśliwy, gdy może się najeść do syta i umyć, pod warunkiem, że chce tak żyć. Nie jest już członkiem nowoczesnego społeczeństwa i nie zmusza się go do realizacji zbiorowych celów.
Osiągniecie szczęścia, pozostając członkiem nowoczesnego społeczeństwa, jest natomiast niesamowicie skomplikowane. Musimy spełnić szereg warunków, aby założyć i utrzymać tzw. podstawową komórkę społeczną. Od dzieciństwa musimy spełniać wyśrubowane normy, aby zostać poprawnymi członkami społeczeństwa i nikt nie pyta nas o zdanie, czy tak naprawdę tego chcemy. W momencie przystania do wzorca w nagrodę dostajemy możliwość płacenia do końca życia za możliwość dalszej egzystencji i zakładania nowych „komórek społecznych”. Nieliczni w porę zauważają, że jedynym sposobem wyrwania się z tej sytuacji jest zgromadzenie dostatecznie dużego majątku, który umożliwi życie nieskoncentrowane na rachunkach i mikrozarządzaniu. Nie głoszę przy tym pochwały czystego egoizmu – człowiek, który będzie kierował się w życiu altruizmem, bez majątku również niewiele zdziała. Życie w niedostatku jest po prostu koszmarnie stresujące i czasochłonne. O wszystkie codzienne sprawy musisz dbać sam, ciągle też musisz uczyć się nowych umiejętności, nawet jeśli są one kompletnie nieprzydatne z naturalnego punktu widzenia. W zalewie zadań do wykonania niczego nie doprowadzasz do perfekcji, a zadań jest wiele, bo żyjesz w społeczeństwie, które poza Twoimi własnymi, siłą narzuca Ci zbiorowe potrzeby. Nie ma mowy o poszukiwaniu i rozwijaniu własnych talentów, nie ma czasu na poznawanie świata i innych ludzi. Kontakty z innymi są powierzchowne i ukierunkowane na „załatwianie spraw”. Tak żyje niestety większość ludzi – w biurokratycznym piekle.
No ale „pieniądze szczęścia nie dają”. Jak często słyszymy takie obiegowe opinie? Podskórnie czujemy, że to bzdura, ale system nakazuje nam wierzyć w jeszcze większe bzdury. Gdyby powiedziano ludziom prawdę – „bogaćcie się, bez majątku nie osiągnięcie dziś szczęścia, jest to niemożliwe” i gdyby ludzie zaczęli taki plan realizować, po co istnieliby politycy, księża, prawnicy i inni różnego rodzaju pośrednicy, specjalizujący się w udawaniu rozwiązywania problemów przez siebie stworzonych? A może „miłości i przyjaźni nie można kupić”? Kto w takim razie ma większą szansę na spotkanie interesujących osób na swojej drodze – biedny frustrat, czy bogaty playboy? Matematyka jest bezwzględna, niedostatek ogranicza możliwości jednostki również w tym aspekcie. A może: „każdy kiedyś zachoruje i umrze”. Tak, ale Steve Jobs żył z rakiem trzustki 8 lat, a biedak z tą samą chorobą dogorywał będzie w bólu przez około pół roku. Bogaty żyjesz zdrowiej i dłużej: lepiej się odżywiasz, jesteś regularnie badany profilaktycznie oraz masz lepszą opiekę w razie wystąpienia poważnej choroby. Należy więc żyć dostatnio chociażby żeby mniej cierpieć.
Najważniejsze decyzje dotyczące finansów podejmuje się zapewne do 30 roku życia, czyli gdy ma się o finansach dość mgliste pojęcie. Na rodzicach spoczywa więc konieczność wytłumaczenia dzieciom, że nie mogą być biedne, gdyż unieszczęśliwią siebie i swoje otoczenie. Oraz, że powinny być odpowiednio przygotowane na wypracowany przez siebie sukces finansowy, aby nie podzielić losu wygrywających na loterii, którzy, nie mając planu na szczęście, stają się ponownie biedakami. „Nie stać Cię na to, żeby Twoje dzieci były biedne” powinno być credo rodzica.
