Tknęło mnie coś, żeby pojechać do Płocka. Nigdy nie byłem w tym mieście, może chodziło o zwykłą ciekawość, a może też o to, żeby chociaż na jeden dzień znowu wyrwać się latem z domu z rodziną (na normalne wakacje razem niestety od lat nas nie stać). Na początku zjedliśmy bardzo smaczny obiad w lokalnej restauracji. Następnie wstąpiłem do świeżo odnowionej katedry płockiej, gdzie miły, starszy człowiek opowiedział nam o jej historii i gdzie moja rodzina w skupieniu przystanęła przy grobie królów Polski. Następnie poszliśmy zwiedzić płockie zoo oraz molo. Dzieci uśmiechnięte, zadowolone, ogólnie wyjazd udany…
Wracając przejechaliśmy przez most, odprężeni pojechaliśmy jeszcze kawałek i nagle błysk. Już wiedziałem, co się stało – no tak, fotopułapka za wyjazdem zza zakrętu, ustawiona na pustej drodze tam, gdzie człowiekowi wydaje się, że nie jest to obszar zabudowany. Bezduszny automat podatkowy, z którym nie da się dyskutować. Radość prysła. Dalszą część podróży do domu spędziłem prawie w milczeniu…
Gdy wróciłem do domu zrobiłem coś, czego nie robię od lat – upiłem się. Ból głowy z nerwów był bowiem tak nieznośny, że nie dałbym radę bez tego zasnąć. A tak udało się przespać chociaż 3-4 godziny. Wiem, co nastąpi teraz – państwo polskie zadziała wobec mnie błyskawicznie i z całą surowością. Szkoda, że w wypadku zatrucia Warty winnego nie można posadzić już ponad 5 lat (z Odrą będzie pewnie podobnie). Wcześniej, farsa śledztwa przy zabójstwie głównego komendanta policji, setki afer gospodarczych, ułaskawianie znanych przestępców. Oczywiście, flagowo, wokół lustracji i katastrofy smoleńskiej, cyrk i dezinformacja. A na koniec orzeł z czekolady na „…kamieni kupie” na podsumowanie. Tego nasza władza nie potrafi rozwiązać, mandaty potrafi za to wystawiać doskonale. No i chwalić się jak to „wstajemy z kolan”. Złośliwie dodam – pewnie po to, żeby uklęknąć przed innym seniorem.
Moja żona – ponad 20 lat bez mandatu za prędkość (jeden inny, drobny w czasach polowania mandatowego za rządów PO), ja – 30 lat bez żadnego mandatu, czyste konto. Jeździmy bardzo ostrożnie, żona narzeka, że ciągle mówię „zwolnij”. Ale nie będzie żadnych zniżek i rozmów wyjaśniających – „dura lex sed lex”. Pieniądze, które będę musiał zapłacić oznaczają, że w tym roku dzieci nigdzie już nie pojadą, spędzą resztę wakacji przed ekranem komputera lub z książką. I tak mijają kolejne wakacje bez wakacji. 47 pieprzonych lat na karku, 0 spokojnych.
Przechodząc do nieoczywistego meritum… Kiedy wytrzeźwiałem, doznałem nagłego oświecenia. Dotarło do mnie, że ten mandat to tylko jeden z sygnałów, które dotychczas ignorowałem, żyjąc w wewnętrznym polskim matrixie, kropla która przepełniła czarę. Nie zwracałem uwagi na to, że pewne zachowania wokół mnie to nie wyjątki, tylko schemat.
Ignorowałem to, że:
- Prawie codziennie bito mnie w dzieciństwie. Za słabość fizyczną i dobre wyniki w nauce bili mnie koledzy ze szkoły oraz podwórek oraz jeden bardzo zawzięty Ukrainiec, którego nie przerażała nawet interwencja MO (a oni też bili konkretnie), a który regularnie czekał godzinami, żeby stłuc mnie na kwaśne jabłko (taka prywatna przestroga przed miłością do tego żywiołu dla tych, co zapomnieli Wołyń). Gdyby nie zabrali go do poprawczaka, pewnie by mnie zabił. Bił mnie też do krwi stary paskudny babochłop od języka rosyjskiego. Na przerwach w podstawówce chodziliśmy u niej jak na spacerniaku w więzieniu. Mam nadzieję, że ta nawieziona zza Buga jędza zdechła w ciężkich męczarniach. Za PRL-u kopano na ziemi i rzucano kamieniami („koledzy”), a bito paskiem ze sprzączką i dyscypliną (czyli rozciętym rzemieniem) – to tak dla przypomnienia, jakby komuś się wydawało, że klaps to bicie. Dzisiaj macie to na filmikach YT z Rosji. Bili, niestety, też rodzice. Kochałem bardzo babcie, bo mnie nie biły, a przynajmniej tego nie pamiętam.
- Nie bito mnie, jako młodego chłopaka, na różnych miejskich i wiejskich imprezach, tylko dlatego, że już nauczyłem się uciekać i ukrywać. Nabyłem zwyczaj niechadzania powtórnie tą samą drogą i generalnie chaotycznego zachowania, aby nie można było mnie namierzyć. Siadałem też już tyłem do ściany, zawsze wiedziałem gdzie jest wyjście z pomieszczenia i unikałem pomieszczeń z jednym wyjściem. Zwyczaje te praktykuję do dziś. Generalnie, w okresie licealnym, byłem ostrożny jak partyzant i znałem teren. Tylko dlatego nie doznałem żadnej większej traumy, oprócz uczuciowej. Przyłożył mi czasem jakiś osiłek, ale to zdarza się wszędzie gdzie testosteron rozrywa jaja młodym tępym byczkom. Część z nich już nie żyje, bo organizm nie wytrzymał ciągłej jazdy. Zapłodnili kilka samic, popłacili trochę alimentów i do piachu. Taki los samca alfa – jak najszybciej, bo to długo nie potrwa, ciągła rywalizacja wyczerpuje. Czują to od początku, tylko się nie przyznają.
- Poniżano mnie na polskiej uczelni dla zasady, przy każdej możliwej okazji – nauczyciele akademiccy (z nielicznymi wyjątkami) w trakcie studiów inżynierskich traktowali nas jak odpady. Mieli się za bogów, bo rozumieli jeden aspekt życia do perfekcji. Uważali, że uprawnia to ich do bycia autorytetem we wszystkich sprawach. Już na wstępie usłyszeliśmy, że jesteśmy niczym i żebyśmy sobie nie wyobrażali, że cokolwiek osiągnęliśmy, bo zdaliśmy egzamin wstępny. Dokładnie pamiętam, kto to powiedział, ale nie mam żadnego nagrania (nie było telefonów komórkowych), więc nie podam nazwiska, bo proces o zniesławienie nie jest mi potrzebny. Ten sam człowiek oszukał też mnie i kolegę później, nie dotrzymując danego nam słowa. Opisywanie patologii, które widywałem na uczelni, to zresztą temat na małą książkę. Nawet na koniec studiów magisterskich, mimo poprawnej odpowiedzi, obniżono mi ocenę z egzaminu o pół stopnia za zastanowienie się przed odpowiedzią (wskutek nieścisłego sformułowania pytania). Tak dla zasady, żebym nie czuł się za pewnie. Do piątki brakło mi 0,01 w średniej, co z całą surowością wyegzekwowano, obniżając ocenę końcową o połowę. Piątki w tym roku nie dostał nikt. Mam nadzieję, że moją „alma mater” piekło pochłonie.
- Podczas szalejącego bezrobocia przełomu lat 90-tych i dwutysięcznych naoglądałem się, jak lokalni i stołeczni gangsterzy odzierają ludzi z godności i majątku. Strach było iść ulicą wieczorem, a na pewno w obcym mieście, bo mogło się to skończyć tragicznie. Pobicia, wymuszanie haraczy i łapówki, a czasem nawet strzelaniny, to była po prostu norma. Przedsiębiorcy typu „na twoje miejsce jest 10 za bramą” i ogromne fortuny o dziwnych korzeniach to też część tej rzeczywistości – dziś „szanowani biznesmeni”. Ja, na szczęście, zawsze miałem pracę, bo miałem dobry fach w ręku – to jedno, co w moim życiu było pewne. Po lekkim pobiciu przez lokalnego oprycha sadystę z UB-ckiej rodziny (który prześladował również mojego ojca) powoli przestawałem spotykać się ze znajomymi w lokalach. Do dziś zjawiam się w lokalnej gastronomii tylko w drodze wyjątku. Z obawy, że zaczepiony, w obronie rodziny zabiję starego skurwiela i moje dzieci zostaną bez ojca (bo zgniję w więzieniu zamiast dostać medal).
- Prawie całe życie mam problem z dysgrafią wskutek przebytego w dzieciństwie zapalenia opon mózgowych. Kiedyś dysgrafii nie diagnozowano, ale niejednokrotnie nie przeszkadzało to w ubliżaniu mi przez urzędników podczas ręcznego wypełniania wniosków (pozdrawiam szczególnie pewną PRL-owską krowę z lokalnego urzędu miasta, której nazwiska i twarzy nie pamiętam, żeby nie śniła mi się po nocach). Wyjaśniam – druki wypełniam wielkimi literami, bo nie potrafię pisać elegancko pismem odręcznym i NIGDY nie będę tego potrafił, jak również nie będę potrafił wykonywać prac precyzyjnych bez dodatkowej stabilizacji ręki. Raczej nie popełniam błędów ortograficznych, rozumiem polecenia i sformułowania prawne, dość dokładnie czytam umowy – nie mam „dysmózgii”. Trzeba tylko cierpliwie poczekać, nie krzyczeć i nie wyzywać. Dla niektórych to za dużo…
- Dostrzegam wszechobecny fiskalizm i biurokrację, niespójne prawo – inne dla dużych, inne dla małych. Dziwne ustawy przepychane kolanem w nocy, bez informowania społeczeństwa. Sprzeczne wyroki, niesprawiedliwe wyroki, odsiadki bez wyroków, ludzie „nieskazywalni”. Służba zdrowia, na którą płacisz, a i tak drugi raz płacisz prywatnie albo czekasz miesiącami na badanie. Temat rzeka, dobrze opisane, nie chcę w to wchodzić, zostawiam innym.
- Pokłady agresji w ludziach dokoła mnie są niewiele mniejsze, niż u mnie. Wypływa to przy suto zakrapianych imprezach, którymi od dłuższego czasu się brzydzę. Mierzi mnie patrzenie na tępe, agresywne mordy oraz słuchanie opowieści kto kogo, jak i gdzie. Piję mało i w bardzo wąskim, sprawdzonym gronie ludzi, których szanuję i którzy mają coś sensownego do powiedzenia o życiu. Kompletnie na trzeźwo w Polsce niestety nie da się żyć.
Przytoczone powyżej przykłady są kwintesencją polskości, to jest ogólnie akceptowany w tym kraju burdel. Ludzie tak żyją i im to chyba niewiele przeszkadza. Brutalność wobec słabszych i chamstwo to naturalny polski koloryt uczuciowy. Tak długo omamiony byłem przez patriotyczne frazesy, że zauważam to dopiero być może pod koniec życia, co dowodzi niesamowitej skuteczności propagandy lub mojej niespotykanej głupoty. Całe moje życie naznaczone jest bezsensownym cierpieniem, ponieważ myślałem, że nie jest ono związane z magiczną Polską, o której mi mówiono, z państwem współczującym i sprawiedliwym. Myślałem, że ta Polska w końcu się odrodzi, a jej po prostu nigdy nie było, to podkoloryzowany mit. Tak więc, koniec z orzełkiem, flagą, świętami, pielgrzymkami – dość, koniec złudzeń. Chciałbym bardzo, żeby młodzi ludzie zauważyli to wcześniej, niż ja. Niech zburzą to państwo do gruzów i zbudują dla siebie na nowo albo niech stąd uciekają, bo marnują życie swoje i swoich rodzin.
Polskość to choroba, choroba zaszczepiana nam w szkołach i rodzinie. Przecież tak naprawdę Polska to pudrowany trup. Polska to kości królów w katedrze, prawa szlachty i księży, bitwy, martyrologia, krew powstańców. Śmiertelny cios zadany został lata temu. Co mnie jeszcze z tym wiąże? Ano niewiele, to nie moje sprawy – ja, jak chłopi w II RP jestem „tutejszy”, nie czuję się już Polakiem, nie mam błękitnej krwi, wyparowała ze mnie z oparami wczorajszego alkoholu i czuję się z tego powodu lżejszy. Prawa są dla bogatych, a dla mnie jest knut. Dziś knut to mandaty, podatki i drożyzna, które przywiązują do ziemi równie skutecznie, co kiedyś pańszczyzna i nahajka. Jestem własnością polskich Panów, obecnie z PiS i zrobią ze mną, co zechcą. Jestem dla nich bydłem, tak jak dla poprzednich, żeby nie było tu wątpliwości. Polska zawsze była dla mnie macochą, nie usłyszałem od niej ani słowa pochwały i zachęty do budowania lepszego świata. Co jakiś czas rzuca mi ochłapy żebym nie zdechł, a drugą ręką zabiera po cichu w nocy konfitury z szafki. I proszę nie posądzać mnie przy tym o pochwałę cudzego – nie wiem, czy gdzieś jest lepiej, może gdzieniegdzie mniej uciążliwie. Wszędzie jest Pan i Cham. W państwach totalitarnych przynajmniej się tego podziału nie ukrywa (plus za brak hipokryzji). Podział ten nie jest przy tym podziałem kulturowym, jest to podział majątkowy. Uwłaszczony Cham, który wyzyskuje innych Chamów, to już Pan. Propagandzista lub celebryta to nowoczesny karbowy. Problemy Panów w zarządzaniu Chamskim bydłem (np. czy bydło pozdycha bez 500+, czy szczepić bydło przymusowo, jaką indoktrynację historyczną zawrzeć w podręcznikach, żeby bydło miało kompleksy i mitologię) przestają mnie, w związku z powyższym, również od dziś obchodzić. Mój problem to zapewnienie w miarę godnego życia rodzinie i znajomym, jak nie u tego Pana to u innego. W farsie zwanej wyborami nie zamierzam też już więcej uczestniczyć. Wybory nie mają dziś sensu. Dość mam „mniejszego zła”! Gdzie jest „większe dobro”? Czy ono w ogóle istnieje?
