Dlaczego ciągle przegrywamy?

Piąta z rzędu przegrana polskiej reprezentacji w siatkówce w historii igrzysk olimpijskich skłania mnie do refleksji nad stanem zbiorowym polskiej duszy oraz mojej własnej. Jako wieloletni kibic siatkówki, ciężko znoszę kolejną porażkę polskiej drużyny, mimo, że odzwierciedlającą ewidentnie słabszą kondycję reprezentacji Polski w meczu. Zacząłem zastanawiać się dlaczego jestem tak przygnębiony, przecież to tylko mecz siatkarski, tylko zawody sportowe. No właśnie nie tylko…

Polska leży w miejscu na mapie, w którym od lat ścierają się interesy mocarstw. Sytuacja geopolityczna Polski jest w związku z tym tragiczna – musimy być na tyle silni aby przetrwać albo stajemy się niewolnikami. Jedyna inna możliwość to zmiana geopolityki, czyli przesunięcie teatru wojen w inne miejsce, a więc czasowa utrata zainteresowania wyeksploatowanym przez mocarstwa terenem. Dziś rzadko zakuwa się ludzi w kajdany i sprzedaje w niewolę, rzadko też najeżdża się zbrojnie tereny, które chce się podbić – to się po prostu mniej opłaca. Żyjemy w czasach postkolonialnych, czasach miękkiego terroru, którego narzędziem jest ciągła dezinformacja medialna, a amunicją pieniądz. Nie piszę w tym momencie, oczywiście, nic nowatorskiego, ale ważne jest, żeby o tym przypomnieć.

Mocarstwa nas hodują – pozwalają „ciemnemu ludowi” na ograniczony wzrost, niszcząc ciągle jego naturalne elity i wstawiając w zamian posłuszne fałszywki. Potem następuje czas zbiorów, czyli wpędzenie trochę wzbogaconego społeczeństwa w biedę poprzez zduszenie jego przedsiębiorczości (niekorzystne ustawy, wysokie podatki), zadłużenie w mocarstwach i wyssanie poprzez spłatę długu, który same mocarstwa wyprodukowały rękami podstawionych elit i niekorzystnych inwestycji. Co jakiś czas Polska zauważa schemat i zrywa się do buntu – eliminuje się wtedy (morduje lub oczernia) najbardziej aktywne jednostki, Polskę przytula inne mocarstwo („dobry wujek”) i schemat zaczyna od nowa, tylko mocarstwa zamieniają się rolami. Nie wydaje się to przypadkowe – mocarstwa ustalają między sobą podziały zysków, a ważne jest tylko, żeby niewolników nie wymarło zbyt wielu, inaczej same musiałyby dbać o podbity teren. Nie tylko Polska jest tak wykorzystywana, a cykl ma zapewne trwać do końca świata i jeden dzień dłużej. Problem w tym, że w Polsce trwa już bardzo długo, a Polacy, nawet Ci nie dostrzegający powyższego schematu, popadają wskutek wielowiekowego przegrywania z silniejszym wrogiem (i kultu tego przegrywania) w zbiorową depresję.

Obecna Polska nie jest wolna i niepodległa i nie należy mieć co do tego złudzeń. Marzenie o wolnej, sprawiedliwej Polsce umiera na naszych oczach, tracimy nadzieję, która napędza wolę przetrwania, a wskutek tego wymieramy. Mocarstwa chyba nawet nieumyślnie przedobrzyły z eksploatacją i bardzo prawdopodobne jest, że za 50-70 lat powstanie w samym środku Europy wielka dziura po Polsce, którą trudno będzie zagospodarować. Pozostanie zakłamana przez kolonialistów historia o słabym i głupim narodzie (prawdziwą się przecież spali), wulgarne i prymitywne żarty o Polakach na portalach społecznościowych i jakiś rezerwat ze zdegenerowanymi białymi Indianami na pokaz.

Presję niesprawiedliwości i ciężar niezawinionego przeze mnie długu, za który zapłaciłem ponad 10 latami życia prawie bez wypoczynku i jakichkolwiek przyjemności poza jedzeniem i graniem w gry komputerowe, poznałem też osobiście. Czeka mnie jeszcze długa droga do wyjścia z tej sytuacji – prawdopodobnie nie wyjdę z niej nigdy, bo czuję że fizycznie nie mam już siły, lecz może moje dzieci będą kiedyś wolne. Analogia między moim życiem prywatnym, a sytuacją kraju, jest porażająca. Ilu Polaków zamykało oczy z marzeniem, że ich dzieci lub wnuki dożyją wolnej Polski? Ilu poświęciło całe swoje życie temu marzeniu? Każdego dnia przeżywam to, co cały mój kraj – stać mnie na jedzenie i drobne rozrywki (hodowla niewolników), ale nie stać mnie na wolność osobistą i prawdziwy wypoczynek. Wewnątrz już umarłem, bo moja nadzieja na godne życie bez problemów wygasła. Nie mam czasu spełniać swoich marzeń, większość czasu myślę o pracy, każdy wolny czas przeznaczam na odpoczynek – czyli jestem niewolnikiem.

Dziękuję wiec bardzo każdemu, kto pomaga mi, płacąc godnie za moją pracę, mimo mojego trudnego charakteru i coraz gorszej wydajności. Chciałbym też, żebyście zrozumieli, że nie zawsze taki byłem i mój charakter wynika z tego, co przeszedłem w życiu, tak jak charakter dzisiejszej Polski wynika z jej perypetiów dziejowych. Nie da się odwrócić cierpienia, nie da się być na powrót radosnym człowiekiem po jego doświadczeniu, szczególnie ze strony ludzi, którzy podawali się za Twoich przyjaciół lub rodzinę. Tak samo Polska nie może stać się na powrót radosna i gościnna, gdy jest wyjątkowo bezczelnie szkalowana i szantażowana na arenie międzynarodowej przez społeczności, które były kiedyś jej częścią. Gdy zrzucane są na nią winy prawdziwych mocarstwowych zbrodniarzy.

Ale co to ma do sportu. Otóż – nadzieje sportowe to ostatni krzyk Polski – nie „tenkraju”, tylko pięknego marzenia, które w większości spokojny i pracowity lud znad Wisły nosi w sercu. Mamy potworny głód chociaż najmniejszego symbolicznego zbiorowego zwycięstwa na oczach całego świata. Chcemy, żeby świat zauważył, że dajemy z siebie wszystko, żeby nasz głos został usłyszany. Zwycięstwa sportowe mają ułatwić nam dotarcie z wołaniem o szacunek dla naszego kraju, o zaprzestanie traktowania nas jak niewolników, o prawo do godnego życia. Kolejny raz odwołujemy się do światowego sumienia, które tak naprawdę nie istnieje, bo światem rządzi chciwa i okrutna bestia, którą stać co najwyżej na chwilową hipokryzję. Polacy niestety tego nie dostrzegają, a im prędzej skupimy się na trwałej obronie przed pożarciem, tym lepiej, bo inaczej obawiam się, że to już ostatni rozdział naszej historii…

Dodaj komentarz