Czym jest chciwość? Chciwość to medal, którego dwiema stronami są bieda i bogactwo. Chciwość to bożek dzisiejszego świata, bożek zarówno biednych jak i bogatych, chociaż widzą oni różne strony tej samej monety i różnie ją opisują. Chciwość jest pokłosiem tendencji do gromadzenia zasobów w nieskończoność, choć uzasadnienie gromadzenia ponad miarę tak naprawdę nie ma już zastosowania w naszych czasach. Powszechny kiedyś głód, wojny, plagi, klęski żywiołowe – zjawiska, których skutkom gromadzenie zasobów miało przeciwdziałać, dziś przez owo gromadzenie są, o zgrozo, wywoływane. Ludzkość przegapiła moment, w którym należało przestać gromadzić, a zacząć rozdzielać i budować – wygrał nawyk. Jest to kolejny dowód na to, że rozwój społeczny nie nadąża za rozwojem technologicznym. Mamy narzędzia, a nie ma woli naprawy świata u ludzi je posiadających. I nie zmienią tego pokazowe akcje charytatywne, mające ugasić rosnące niepokoje społeczne jak najmniejszym kosztem. Jeżeli czytam, że 8 ludzi posiada większy majątek niż biedniejsza połowa świata i jeżeli nie mają oni zamiaru tego nadmiaru wykorzystać do znaczącej poprawy jakości życia na świecie, to jak to świadczy o kondycji moralnej ludzkości – kogośmy wytworzyli jako swoich władców, golemy? Ludzie posiadający tak ogromny majątek, a nie posiadający wizji wykorzystania go dla ulepszania świata, powinni nadmiar majątku po prostu rozdać najbardziej potrzebującym – więcej, powinni zostać do tego instytucjonalnie zmuszeni. Oczywiście system taki nie zadziała, jeśli nie będzie na niego zgody, a zgody takiej raczej nie należy się spodziewać, czyli ludzkość dalej gnębić będą wojny i plagi, a cierpienie niedostatku pozostanie powszechne. Nie jestem socjalistą, ale nie ma, moim zdaniem, usprawiedliwienia „prawem własności” dla tak rażących dysproporcji majątkowych – bez ich zrównoważenia i ograniczenia konsumpcji zmierzamy być może do upadku ludzkości. Obrońcy bogaczy zapewne wysuną argument działalności charytatywnej Billa Gates-a – dobrze, ale jest to tylko kropla w morzu potrzeb, być może w Bill-u obudziło się sumienie, ale należy też pamiętać, że jest on bogaczem w pierwszym pokoleniu, a tacy ludzie zachowują się mniej standardowo, ponieważ bardzo często znają wartość własnej pracy (o czym dalej).
Chciwość ma obecnie za pożywkę całkiem dobrze mający się jeszcze darwinizm społeczny, według którego ludzie, którzy lepiej gromadzą, są w każdym aspekcie lepsi od innych i w związku z tym zasługują na swoją uprzywilejowaną pozycję wobec innych. Ciekawe, swoją drogą, jak „darwiniści” odnoszą to do dziedziczenia fortun – czyżby dzieci „lepszych” od urodzenia były „lepsze” w gromadzeniu (proponuję zastosować pomiar kupy w pieluszce, może faktycznie będzie więcej). Wychwalany przez darwinistów „wolny rynek” jest też oczywiście mitem – nie istnieje w naszej rzeczywistości. Z pełną świadomością (albo co gorsza nie) pomijają oni fakt, że warunki przystąpienia podmiotów do rynku nie są równe, więc majętny kapitalista z łatwością poradzi sobie z początkującym biznesmenem stosując okresowo techniki dumpingowe lub lobbing ustawowy. Faktyczny „wolny rynek” mogłyby zatem zapewnić tylko regulacje wspomagające mały kapitał i hamujące praktyki monopolistyczne, a te jak wiemy od liberałów-aferałów są przecież niesprawiedliwe, bo zabijają „wolność”. No, ale nie o tym miał być felieton, lecz nie mogłem darować sobie odrobiny złośliwości wobec ekonomicznie liberalnych troglodytów.
Przejdźmy do meritum i obejrzyjmy obydwie strony medalu. Zacznę od biedy, bo tą, ze względów na doświadczenia własne, opisać mi jest znacznie łatwiej. Znajdziecie pewnie wiele definicji ustawowych nędzy i biedy, z różnymi podziałami. Ja podałbym definicję trochę prostszą, ogólną. Bieda to brak możliwości rozwoju jednostki z przyczyn ekonomicznych, a nędza to degeneracja z tychże samych przyczyn. Takie ujęcie sprawy pozwala na bardzo łatwe określenie czy jest się biednym. Sama ilość pieniędzy w portfelu nie określa tego równie dobrze, bo w życiu rodzinnym, czy szerzej w życiu społeczności, występuje wiele czynników, które powodują zmiany w jakości życia i możliwościach rozwoju. Można żyć szczęśliwie z małą ilością pieniędzy, lecz otoczonym życzliwością i pomocą w trudnych chwilach, a można mieć tych pieniędzy trochę więcej, a pędzić życie samotnie ze wzrokiem wlepionym w nowe TV na kredyt. Wystarczy zadać sobie pytanie: Czy mam wystarczająco dużo, żeby nie myśleć ciągle o zaspokojeniu podstawowych potrzeb i zacząć się rozwijać? Jeżeli tak, to nie jestem biedny. Jeżeli nawet na podstawowe potrzeby (jedzenie, ubrania, ogrzewanie, leki) nie wystarcza, to niestety staczam się w nędzę. Nie będę pisał o nędzy, bo jest to zjawisko, które w dzisiejszym świecie nie powinno już występować, zjawisko wielokrotnie opisywane. Nędza jest hańbą ludzkości, cywilizacyjnym wyrzutem sumienia, problemem możliwym do rozwiązania, gdyby tylko występowała powszechna wola, by to uczynić. Nędza w naszym kraju na szczęście dotyczy niewielu.
Z biedą jest zupełnie inaczej, biedy nie widać, do biedy ludzie się nie przyznają, a jest ona w moim przekonaniu, zjawiskiem powszechnym. Wielu ludzi nawet szczerze nie uważa się za biednych – stali się konsumentami idealnymi i pracownikami idealnymi, wydają dokładnie tyle, ile zarabiają. Wmawia się nam, że bieda jest brzydka i nie wolno być biednym, dlatego powinniśmy kupić większy telewizor i nowszy samochód, bo wtedy wszyscy widzą, że nie jesteśmy biedni, a to jest takie dobre i jesteśmy wtedy tacy mądrzy i poważani, że och-ach. I pudrują ludzie śmietnik, biorąc kredyt na TV lub podrasowany szrot, co go za Odrą już nie chcieli i już potrzeby przynależności do grupy zaspokojone, już wewnętrznie następuje awans. Ale bilans ujemny w oczy kłuje, piramida potrzeb kruszy się w podstawie – bieda jest jak była i wyrwać się nie jest łatwo. Tu można oczywiście przytoczyć powiedzenie: „głupiś boś biedny, biednyś boś głupi”, ale prawda nie jest taka trywialna. W biedę wpaść można wskutek bardzo dziwnych zrządzeń losu, czego i sam doświadczyłem. Mądre postępowanie wcale tak bardzo nie pomaga, jeśli jesteś niedaleko od granicy biedy, a jak raz ją przekroczysz, to nawet jak wrócisz, wrócisz zmieniony na zawsze i nie będzie ci się to podobało. W moim przypadku, po latach liczenia prawie każdego grosza, nawet jak złapałem trochę oddechu, to nie potrafię już nie liczyć i po prostu żyć. Bieda zmienia charakter nieodwracalnie, uczy zaradności, ale odziera życie z radości i wstawia w nie schemat budżetowy. Wyjście z biedy wyposaża cię w zdolność radzenia sobie z prawie każdym problemem, ale nie wiem, czy warto taki kurs przechodzić, bo podobnie jak w przypadku bogactwa (o czym dalej), traci się wartościową część siebie jako człowieka. Tym, co traci się przechodząc przez biedę, jest naturalna, wręcz dziecięca, umiejętność cieszenia się z życia i poznawania świata. Nie można przejść przez dłuższy okres niedostatku i dalej cieszyć się z życia – ja osobiście nie znam nikogo takiego, ale może niewielu ludzi jeszcze poznałem. Jedyne, co daje się z czasem odzyskać, to odrobinę spokoju, ale i o to trudno, gdy patrzysz w zmęczone oczy ukochanej osoby i wiesz, że najlepsze lata spędziliście na ciułaniu groszaków, żeby przetrwać razem (a ilu dokoła nie przetrwało, ile rodzin się rozpadło?).
Jakie jeszcze zwyczaje wynosi się z biedy? Np. żeby jak najmniej chorować i umieć leczyć się naturalnie, żeby znać zioła, robić nalewki, unikać wysoko przetworzonego jedzenia, gotować w domu ze znanych składników. W końcu leki w aptece są drogie, a jak naprawdę ciężko zachorujesz to będziesz musiał przyjmować je cały czas. Do lekarza też musisz iść prywatnie i zapłacić, inaczej umrzesz albo wyzdrowiejesz zanim doczekasz się wizyty na „kasę biednych”. Trzeba też kupować rzeczy trwałe: meble są na 30 lat, łazienka i kuchnia podobnie, narzędzia często używane porządne na lata, reszta jak najtaniej. Jak już kupujesz nową wersję przedmiotu, to starej szukasz nowego właściciela, bo wiesz, że są ludzie w gorszej sytuacji od ciebie i trzeba pomóc. Ubrania kupujesz głównie w lumpeksie, ale tylko te porządniejsze, czasem w zwykłym sklepie w promocji coś, co dobrze znasz. Buty pewnie zdjęte z trupa, ale porządne – nie ma sprawy, nie przeszkadza, dobre na robocze, bierzemy. Nie ma rzeczy nieprzydatnych, rzeczy nieużywane denerwują i mówią ci że jesteś biedny, bo jesteś niegospodarny, żadnych ozdobników. Najlepiej też żeby nic się nie psuło, bo jak się zepsuje to musisz umieć naprawić, ale nie wszystko umiesz i nie zawsze masz czas, a wtedy słono zapłacisz, więc kupuj tak, żeby się nie psuło. No, ale teraz mamy planowane zużycie produktu, więc trochę loteria, no to czytaj nocami fora i porady przed zakupem powiedzmy pralki. Pompa w pralce zepsuła się 2 tygodnie przed końcem gwarancji – wygrałeś. Monitor spalił się tydzień po końcu gwarancji – przegrałeś. „Pero, pero, bilans musi wyjść na zero” – w kasynie zawsze wygrywa tylko krupier, a ty graj lub wylecisz z obiegu jak zużyty żeton.
Zdroworozsądkowy obłęd. Nie czytasz już książek, nie oglądasz filmów, nie robisz zdjęć, nie imprezujesz, nie masz wakacji, nie masz marzeń, w zasadzie w ogóle nie żyjesz jak człowiek… Bieda
Ze stworzeniem opisu bogactwa jest mi o tyle trudno, że świat ludzi bogatych jest na tyle hermetyczny, że było mi dane poznać niewielu i żadnego tak naprawdę bardzo bogatego. Jednakże czytając wypowiedzi ludzi bogatych i konfrontując to z ich działaniami też można wyciągnąć trochę wniosków. Czyli będzie trochę w stylu „nie znam się, ale chętnie się wypowiem”, można obśmiać.
Bogactwo samo w sobie, moim zdaniem, szkodliwe i niszczące nie jest, szkodliwy jest nadmiar majątku w stosunku do możliwości intelektualnych osoby nim rozporządzającej. Człowiek biedny i głupi wiele zniszczyć nie może, ale bogaty i głupi, a do tego amoralny wywołać może poważną katastrofę. Ja nie chciałbym być bogaty, bo dla mnie wiąże się to z ogromną odpowiedzialnością za kształtowanie losów innych ludzi, a nie czuję się na siłach jej udźwignąć – nie chciałbym tylko ponownie być biedny. Ludzi bogatych generalnie podzieliłbym na dwie grupy – ludzi którzy swoją fortunę wypracowali poprzez „trafienie w rynek” we właściwym czasie oraz ludzi na których fortuna „spadła z nieba”, czyli takich, którzy ją odziedziczyli, wygrali lub ukradli. Czyli, w skrócie, przedsiębiorców i pasożytów. Przedsiębiorców szanuję, ponieważ znają wartość pracy i to oni są kołem napędowym cywilizacji – bez nich masy ludzi trwałyby w stagnacji. Przedsiębiorcy mają moralne prawo do bycia bogatymi, o ile ich zysk nie pochodzi z wyzysku. Pasożytami gardzę, niezależnie od zajmowanych przez nie pozycji, chyba że jakimś cudem używają pieniędzy do ulepszania świata, zyskując w ten sposób moralne prawo do ich posiadania. Drobny cwaniaczek, robiący biznes życia na wciskaniu ludziom szrotów, lipnych ubezpieczeń, czy kredytów lub spamu nie jest żadnym przedsiębiorcą, tylko pasożytem, tak gwoli ścisłości.
Przedsiębiorca posiada coś, czego ja osobiście nie posiadam, ale cenię – potrafi wyczuć czego ludzie potrzebują w danym czasie i im to dostarcza. Nie ma w tym oczywiście nic złego, o ile popyt nie jest sztucznie kreowany medialnie, a produkcja nakręcana aż do zapełnienia wysypisk śmieci jej nadwyżką, w imię bożka nieograniczonej chciwości. Bo to właśnie wysypiska śmieci są dziś ołtarzami chciwości. Na ołtarzach tych lądują stare modele smartfonów (bo wyszły nowsze), przecenione szroty zza Odry (bo w XXI wieku nie umiemy zrobić polskiego samochodu), nieprzejedzone jedzenie (bo nie można kupić tyle ile wystarczy), tony plastiku (bo szklane pojemniki były mało trendy), trucizny z lewizny i odpady promieniotwórcze (pewnie z meteorytów, powodują amnezję jak się pyta o ich pochodzenie). Właściwie powinniśmy się na nich spotykać zamiast w kościołach, to bardziej adekwatne do rzeczywistości. Razem je tworzymy – bogaci i biedni. Bogaci z żądzy zysku, biedni z braku alternatywy i nieuświadomienia. To jest nasz nowy Kościół Chciwości: rdza, smród i zgnilizna. Ta właśnie chciwość jest niegodziwa, nie bogactwo samo w sobie. Chciwość przykazanie nowe daje nam, abyśmy się wzajemnie pozjadali…
Wracając do tematu… Przedsiębiorca rozumie potrzeby ludzi, analizuje rynek i zaspokaja potrzeby. Pasożyt natomiast nie posiada takich umiejętności, ponieważ nigdy nie przeszedł procesu socjalizacji – jest idealnie amoralny. Taki naprawdę Wielki Pasożyt rodzi się bogaty i nie potrzebuje przyswojenia wszystkich skomplikowanych zasad, którymi ludzie posługują się na co dzień w relacjach między sobą, nie musi o nic prosić, nie musi się uczyć, on rozkazuje i decyduje, on ma władzę. Wielki Pasożyt bywa też socjopatą, naśladuje emocje innych, samemu ich nie odczuwając – wszystko aby sprawniej pasożytować na większej liczbie ludzi. Wielki Pasożyt rośnie w przekonaniu własnej wielkości i nieomylności, obsługiwany od rana do wieczora kreuje nam nową wspaniałą rzeczywistość. Wielki Pasożyt gromadzi pierdyliony dolarów w sejfie, zabierając je z gospodarki, a jego ulubionym zajęciem jest pompowanie baniek spekulacyjnych, które wysysają z rynku jeszcze więcej kapitału, powodując wojny i głód. Wielki Pasożyt odczuwa jednak nudę, jest to jego największy problem, z nudy bawi się ludźmi jak pionkami, a ludzie godzą się na to, bo nie chcą zostać pożarci. Ostatecznie, Wielki Pasożyt niezadowolony ze zniszczeń, które wywoła na świecie, zwali to na nieodpowiedzialną ludzkość, wygłosi pompatyczny przekaz, obrazi się i odleci na Marsa, oglądając zagładę przez wizjer.
Co jednak daje bogactwo jednostce, która kręgosłup moralny ma we właściwym miejscu? Z całą pewnością wolność od ciągłego myślenia o przetrwaniu, a jest to już bardzo dużo. Człowiek bogaty jest w stanie bez skrępowania zaspokajać potrzeby wyższe i ulepszać otaczający go świat. Problem polega na tym, że jest mało prawdopodobne, aby człowiek, który nie doświadczył piekła niedostatku, docenił właściwie swoje bogactwo i nie zatracił się w szukaniu coraz to nowych hedonistycznych doznań. W bogactwie, podobnie jak w biedzie, istnieje niebezpieczeństwo utraty części człowieczeństwa, tym razem tej związanej z empatią, z rozumieniem potrzeb innych – niebezpieczeństwo dehumanizacji poprzez izolację. Jak więc zostać mądrze bogatym, nie przechodząc przez piekło biedy? Receptą jest odpowiednie przygotowanie moralne. Człowiek niezamożny powinien wyobrażać sobie posiadanie bogactwa i skutki swoich decyzji tak, aby na ewentualne bogactwo i związane z tym blaski i cienie być przygotowanym. Młody człowiek dziedziczący fortunę powinien być przez rodziców wychowywany tak, aby znał wartość pracy i rozumiał sytuację biedniejszych od siebie – nie wolno go izolować od społeczeństwa. Bogactwo nie powinno być dziedziczonym bez ograniczeń przywilejem i nie może być dla człowieka zaskoczeniem. Bogactwo musi być nagrodą za pracę nad sobą i wkład w rozwój ludzkości.
Podsumowując – nierówności społeczne to konsekwencja chciwości, chciwość to konsekwencja braku adekwatnego do potrzeb celu, brak celu to konsekwencja braku zasad, brak zasad to konsekwencja braku wychowania – wszystko sprowadza się do domu, dbajmy o dzieci. Ale o tym więcej innym razem…
