Podatki, a państwo

Przychodzi styczeń i przychodzi termin rozliczania podatkowego minionego roku oraz zapłaty nowych podatków. Biorę się za takie sprawy od razu, bo podatki to pieniądze, które i tak zostaną mi zabrane z kieszeni, w razie konieczności przemocą i z nawiązką. Przy okazji chciałbym skomentować kilka zmian w polskich podatkach oraz opowiedzieć, jak postrzegam kwestie podatków w ogólności.

Podatki dziś to masowa, bezczelna i bezkarna grabież.

Patrząc z punktu widzenia historycznego, czy też socjologicznego, podatki pierwotnie powstały jako forma składki służącej utrzymaniu wojska, milicji i administracji. Podatki służyły ochronie danej społeczności ludzkiej przed atakami innych społeczności, przestępczością wewnętrzną lub też np. skutkami klęsk żywiołowych. Służyły więc realizacji zadań, których nie daje się zrealizować samodzielnie. Składka była przymusowa, każdy pełnoprawny członek społeczności musiał ją płacić, ale otrzymywał w ten sposób realny zysk w postaci namiastki bezpieczeństwa istnienia własnego i własnej rodziny. Tak zdefiniowany podatek da się jeszcze jakoś „obronić”.

Problem powstaje w momencie, gdy podatki stają się zbyt wysokie w stosunku do dochodów społeczności lub aparat państwowy zaczyna się patologiczne przekształcać, a pieniądze zabrane podatnikom nie docierają tam, gdzie obowiązywała obustronna umowa społeczna między podatnikami, a urzędnikami aparatu państwowego. Zazwyczaj jest to powiązane, czyli przy braku jakichś potwornych klęsk żywiołowych lub wojen na danym terenie podwyżka podatków oznacza marnotrawienie pieniędzy i pogłębiającą się dysfunkcję państwa. Z czasem umowa między społeczeństwem, a nowo powstałą kastą urzędniczą i zawiadującymi nią świeckimi półbogami, uznana zostaje za niebyłą i społeczeństwu odbierana jest rola partycypanta w procesie ustalania wysokości podatków i sposobu wydatkowania zebranych pieniędzy. Państwo, w którym obywatele nie mogą już negocjować wysokości podatków nazywam państwem pasożytniczym. Państwo pasożytnicze, które dodatkowo wobec własnych obywateli stosuje aparat terroru, czyli odwraca kompletnie swoją pierwotną rolę, stając się dla nich zagrożeniem zamiast ostoją, jest państwem upadłym. Rzeczpospolita Polska jest państwem pasożytniczym, które zmierza do swojego upadku w sposób gwałtowny (dużo mniej prawdopodobne) lub poprzez emigrację i stopniowe wymieranie populacji (co już się dzieje, na skalę niespotykaną wcześniej w historii Polski).

Negocjacja wysokości lub terminów wpłat podatków z aparatem państwowym nie jest jakąś utopią – takie rozwiązania realizowane są częściowo np. w Szwajcarii, Monako czy Austrii. Tamte państwa przynajmniej próbują realizować umowę społeczną, jeśli nie w całości, to chociażby w znaczącej części. Dodatkowo, system referendalny w Szwajcarii jest systemem wręcz wzorcowym. Jak wygląda Polska na tym tle? U nas projekty obywatelskie z milionem podpisów wyrzucane są przez sejm do kosza, a referenda przeprowadzane są w sprawach mało tak naprawdę istotnych i maja charakter jedynie opiniotwórczy, a nie wiążący i decyzyjny. Bez zadawania sobie ciągle pytań typu „Na co chcemy wspólnie przeznaczyć pieniądze?”, bez wiecznej moderacji naszych oczekiwań względem państwa, nie ma mowy o dobrobycie, a być może i bycie państwowym w ogóle.

Co mamy w zamian w Polsce? Ano mamy tzw. „podatkowe gotowanie żaby”. Czyli kasta urzędnicza ukrywa podatki przed obywatelem, mnoży i podwyższa je bez zawiadamiania obywatela, który dowiaduje się o tym, jak nie starcza mu do pierwszego. Zamiast przejrzystego systemu, który wali podatkiem między oczy z subtelnością młota kowalskiego, ale jednocześnie uświadamia ile i za co płaci podatnik (przykład – ceny na półkach i przy kasie w USA), mamy tchórzliwego zbója, który usypia nas i wyciąga pieniądze z kieszeni bez naszej wiedzy (VAT w prawie wszystkim, akcyza w paliwie i dziesiątki poukrywanych innych opłat). Akcyza jest tu szczególnie wdzięcznym kabaretowo przykładem, gdyż z definicji jest to podatek od dóbr luksusowych, a proszę mi dziś wskazać osobę o zdrowych zmysłach, która naprawdę uważa że posiadanie samochodu, czy ogrzanie domu zimą jest luksusem. Druga metoda to nienazywanie podatkiem czegoś, co podatkiem ewidentnie jest (przymusowe, państwowe, potencjalnie bezzwrotne). Tu rekordzistą kwotowym jest pewnie nasz kochany Zakład Utylizacji Szmalu. Piramidalne bzdury, zero gwarancji, 100% złudzeń. I „nie ma komu dać w mordę” (K.I. Gałczyński „Cyrulik Jesienny”), nie ma do kogo się zwrócić z pretensjami, bo przeciętny Kowalski podatków nie widzi i nie reaguje adekwatnie, gdy kolejny raz po prostu jest bezczelnie okradany. Tych co widzą jest niewielu, a w pojedynkę kasta zniszczy każdego, ugnie się tylko przed masą. Kasta odrobiła lekcję „Solidarności”, nie dopuszcza do powstania oddolnego, masowego, świadomego politycznie ruchu, ciągle upuszcza wentyl niezadowolenia za granicę. Polski kolos śpi więc, drzemka li to, czy sen wieczny?

Drobne przykłady biegunki podatkowej AD 2019:

– zeznania roczne złożone przed 15 lutego 2019 uznawane są za złożone 15 lutego, dzięki temu paskudni krwiopijcy i wyzyskiwacze tacy, jak ja, nie mogą już obniżyć podatku dochodowego za grudzień poprzez odliczenia, tylko muszą wpłacić pełną jego wysokość i czekać łaskawie do połowy kwietnia na zwrot pieniędzy, którymi kasta łata sobie dziury w kieszeni surdutów (z trudem wysupłałem na to ostatnie pieniądze, głowa z nerwów bolała mnie całe 2 dni);

– obniżono z 15% do 9% podatek CIT, którego i tak prawie nikt nie płaci, bo małe spółki nie wykazują zysku, tylko wliczają w koszty dywidendę oraz wiele innych rzeczy, a płacą PIT jako osoby prywatne (nie płacą natomiast ZUS); ale klangor medialny pod niebiosa – podatki obniżyliśmy;

– obniżka proporcjonalna ZUS dla małych firm – tu znowuż niewielu się załapie, gdyż dochody do niej uprawniające są zbyt niskie; przedsiębiorca zazwyczaj nie ryzykuje niepewnej walki z aparatem urzędniczym i konkurencją, żeby zarobić do 63000 PLN rocznie – ZUS trzeba zlikwidować i dać ludziom możliwość ubezpieczenia się prywatnie, a nie malować ten komunistyczny śmietnik nową warstwą minii;

– „exit tax” – to jest tak głupie, że nawet nie chce mi się nad tym pomysłem znęcać, bo to zbyt łatwe; firmy po prostu będą zamykać się w jednym kraju i otwierać w drugim pod inną nazwą; dostaniecie z tego figę geniusze z MF; sam pomysł opodatkowania tego, co jest jak najbardziej rozsądne, czyli wyboru mniejszego haraczu u sprawniejszego mafioza, przyprawia o konwulsje;

– działalność nierejestrowa do przychodu 1050/miesiąc – ciekawe, czyżby próba złapania w statystyki szarej strefy, żeby można było policzyć ile tej cytryny można wycisnąć w przyszłości za pomocą gróźb (np. zmuszenie takich „nierejestrowych” do składek ZUS).

Żeby nie było, wszystkie rządy przez ostatnie 30 lat robiły podobnie – działania PR, a po cichu golimy do gołej skory podatkami pośrednimi, mnożymy różne opłaty i zapożyczamy się u międzynarodowych grandziarzy finansowych na potęgę. W zamian za to – przestarzałe, małe wojsko, policja z budżetem mandatowym i rów tektoniczny ZUS. Ale ilu ludzi ma pracę w urzędach i jak przekonani są, że to oni wytwarzają dochód? No przecież rozliczają dochód, to zarabiają. Przecież tak jest napisane, „Brat PIT” mówi prawdę, papier nie kłamie. Czasem żal mi tych ludzi – mieszają w tym szambie, przelewając z pustego w próżne państwowy dług, pławiąc się w poczuciu własnej niezastąpioności. Przechodzi mi jak pomyślę, że zapłaciłem ostatnie zachomikowane pieniądze na utrzymanie ich rodzin, odbierając je mojej. Zanika nasza umowa społeczna, zanika jakakolwiek wspólnota z kastą urzędniczą. Pozostaje ból i upokorzenie.

Podsumowując – czy jest alternatywa dla mnożących się podatków, czyli systemowego sadyzmu, objawiającego się ustawicznym gnębieniem proceduralnym i stopniowym wpędzaniem w nędzę swoich pobratymców? Ależ oczywiście. Nawet w tzw. II RP (de facto nie było czegoś takiego jak II RP, państwo zachowało ciągłość mimo rozbiorów, była Rzeczpospolita Polska) istniały państwowe przedsiębiorstwa i spółdzielnie samorządowe, które wypracowywały zysk i z tego zysku finansowały część aparatu państwa. Takie rozwiązanie ze skutkiem pozytywnym realizowane było już wielokrotnie w przeszłości. Ludzie pracowali wtedy i wytwarzali dobra, a różnica polegała tylko na tym, że właścicielem przedsiębiorstwa było państwo. W niektórych kluczowych branżach, jak np. branża energetyczna, surowcowa czy finansowa jest to działanie wręcz zalecane, chroniące przed wrogim przejęciem. Może oczywiście dojść do sytuacji, że przedsiębiorstwa państwowe konkurować będą z przedsiębiorstwami prywatnymi i czasem nie będą tak elastyczne i efektywne jak przedsiębiorstwa prywatne, co logicznie nakazywałoby je sprywatyzować. Jest to niebezpieczna pułapka i już to przerabialiśmy w niedawnej historii – za agresywną prywatyzację lat 90-tych płacimy do dziś każdego dnia. Jeśli chcemy obniżyć podatki, to muszą istnieć przynoszące zysk przedsiębiorstwa państwowe – nie należy o tym zapominać. Prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych powinna dotyczyć branż niekluczowych i powinna być ostatecznością, a nie działaniem prewencyjnym i okazją do grabieży majątku wspólnego przez spekulantów.

Przedsiębiorstwa państwowe muszą posiadać zabezpieczenia prawne przed wyprowadzaniem kapitału na zewnątrz. Zarząd w przedsiębiorstwach państwowych musi być dobrze opłacany, lecz niegospodarność zarządu musi być również surowo karana (przepadek majątku osobistego i rodzinnego, wieloletnie więzienie), a przestępstwo takie nie może ulegać przedawnieniu za życia byłego członka zarządu. Prowadzenie zyskownego przedsiębiorstwa państwowego powinno być zaszczytem, powinni się tam garnąć ludzie obdarzani szacunkiem społecznym, a nie bezideowi koniunkturaliści. Nie tylko dla zysku własnego, lecz dla zysku obopólnego, a przede wszystkim dla uznania społecznego. Sprawnie zarządzane, zyskowne przedsiębiorstwo państwowe powinno być mandatem społecznym i przepustką do władzy w państwie.

To jest właściwy kierunek rozwoju państwa – mniej podatków, więcej zysku z realnej pracy.

Rządząca postPRL, geriatryczno-biurokratyczna kasta urzędnicza jest jednak, w moim odczuciu, niezdolna do wysiłku odnowy naszego państwa i zawrócenia z drogi ku upadkowi. Bez radykalnych zmian, pozwalających na odzyskanie zaufania obywateli do państwa, czeka nas powolne gnicie, aż do międzynarodowej licytacji masy upadłościowej, nazywanej przez jawnie już wrogie nam środowiska drwiąco Polin zamiast Polską.

Dodaj komentarz